Pewna pani Marta Kowalska ma kużnię, podkowy i przybite do nich kobyłki. Są tak białe, że nie widać ich na śniegu. To dlatego jeszcze wilki ich nie pożarły, których pełno wokół. Żeby było śmieszniej, to biegają watahami i tak wyją do Księżyca, że oka zmrużyć nie można, od jesieni do wiosny. To również z tego powodu postanowiła pisać po nocach, bo i tak spać nie może. A za dnia zmyka do miasta, bo wilcy wbiegają na podwórko i zaglądają do okien. Podążając za zapachem jej, słynnych na cały świat, kotletów. Prawdopodobnie wyczytały w sieci albo ten Misiek, który rozwala okoliczne ule, im powiedział.

W kuźni, jak sama nazwa wskazuje, nie tłucze koni w kopyta, lecz kotlety. Raz po brzuszkach, a potem po pleckach lub naprzemiennie. To zależy, czy mają być wytrawne czy półsłodkie. A potem tamuje im krew rozbitym jajem i pudruje rany panierką, by wreszcie rzucić tę padlinę na skwierczący smalec.
A wszystko to dzieje się w centum Krainy Wielkich Jezior Mazurskich.
A co dalej to… sama napisze w oddzielnej kategorii pt. „Kącik Barbie”.
Cierpliwości.

Reklamy