… związki.

Obrazek

My, kobiety właśnie tak angażujemy się w nasze związki. Dajemy z siebie wszystko, rozpiera nas radość, widzimy świat na różowo. A panowie spoko, po co się starać, jak my wszystko robimy za nich. Przychodzi jednak moment, że różowe okulary spadają nam wreszcie z nosa.

Skąd my bierzemy energię, żeby ciągle na nowo w byle jakich facetach widzieć księcia z bajki ???

Popatrzcie panie na siebie chłodnym okiem i wyciągnijcie wnioski:

„On przyjdzie. To wielkie wydarzenie w twoim życiu. Sobota. Budzisz się bardzo wcześnie, pucujesz mieszkanie, biegniesz do supermarketu trzy przystanki od domu, żeby przygotować dla niego „coś pysznego”, co później okaże się ulubionym daniem… Jakimś cudem pozbywasz się z domu dzieci, nie ma cię dla rodziców ani dla koleżanek – jest tylko On i dla nikogo innego tego dnia nie istniejesz. Kręcisz się wokół kuchenki z wałkami na głowie, z maseczką z pestek moreli na twarzy, biegasz, zaglądasz do piekarnika, równolegle z krojeniem i szatkowaniem wysyłasz leniwego sms-a „Cześć! Dopiero się obudziłam, zawijam się w wełniany koc, piję kawę i czekam na ciebie. ” Następnie pędzisz do łazienki, żeby „się doprowadzić do porządku”, lejesz do kąpieli pachnący płyn, robisz manikiur, pedikiur, makijaż, zakładasz nową bieliznę, robisz fryzurę i musisz koniecznie założyć coś niezobowiązującego, ale żebyś była w tym nieziemsko pociągająca, żeby wodzić na pokuszenie nie tylko potrawą… Musisz zdążyć ze wszystkim.
Dzwonek do drzwi. Cicho przeklinasz, jesteś nieco spóźniona z fryzurą, ale już drżysz, uśmiechasz się, przeczuwasz, już się delektujesz. Przyszedł.
Tak długo szukałaś.

I oto jest – szczęście.
Otwierasz oczy rankiem swojego nowego życia, patrząc z wdzięcznością na sapiący cud. Ciało przyjemnie zmęczone, a ty już nie zrzędzisz, że nie masz ochoty się budzić, że nie masz ochoty iść do pracy, że nie chcesz tak-właśnie-tak-żyć. W środku ciebie po cichu rodzi się zalążek sensu. Oglądasz go z każdej strony. Ostrożnie się zgadzasz na to, że zasłużyłaś, przytulasz go, okrywasz pocałunkami.
Chronisz.

A później? Co to ?! Oczy nagle otwierają się coraz szerzej – widzisz teraz nie tylko jego, ale również wszystkie braki, wady, wasze niedopowiedzenia, niedogadania, wszystkie wasze „niedo…” Jest ich tak dużo, są bolesne, są nie do naprawienia, niby można to wyjaśnić, ale już nie ma sensu. Jednak rozmawiacie. Próbujecie rozmawiać. Nawet budujecie dialog. Ten sam dialog, do którego szliście nieskończenie długo. No, więc dotarliście wreszcie. Usiedliście i zaczęliście. Trzeba teraz zdążyć przegadać nieprawdopodobną ilość słów, póki ci nie przerwano. Trzeba wypowiedzieć, a raczej nawet nie wypowiedzieć, tylko wyrzucić, wycierpieć, wywalić z siebie.
Ileż można to w sobie nosić?

Jednak nie. Nie możesz otworzyć ust – twoje usta cię zdradziły, zamknęły się i teraz ciężko milczysz ze spuszczoną głową, przyglądając się drżącym palcom rąk. Musisz podnieść oczy, ale patrzenie boli. Jest ci żal. Jego i siebie. Czasu. Niewykorzystanych uczuć, które na nic się już nie przydały. Sensu, który ponownie zniknął.
Znowu się pomyliłaś.
To nie on.
A co najstraszniejsze.
To już nie ty.
Jesteś nie taka, niedorobiona, nieprawidłowa, niezdolna do poważnego radykalnego wybaczenia – po prostu uciekasz, nie próbując rozwiązać tego, co już nigdy nie znajdzie żadnego rozwiązania.
Niedomiłość.
Zamykasz oczy i budzisz się w tym samym życiu.
Życiu „Przed” i „Bez”.
Deja vu”.

[Katierina Sultanova. Przekład I.Z.]

To opowiadanie znalazłam na stronie:
https://www.facebook.com/Po.Pierwsze.Ludzie/posts/700950876604574:0

Obrazek

Advertisements