…to się kiedyś kończy.

Właśnie wróciłam z mojego ukochanego Kołobrzegu. Trzy tygodnie słońca, wiatru i fal morskich. Trzy tygodnie intensywnych marszów brzegiem morza oraz spacerów po molo i po kołobrzeskich promenadach.

/Widok z latarni morskiej na morze i Bulwar Jana Szymańskiego – założyciela i I Dyrektora Polskiej Żeglugi Bałtyckiej/

1

Myślałam, że w Kołobrzegu jest pięknie niezależnie od pory roku, ale teraz już wiem, że majowy Kołobrzeg jest najpiękniejszy. Zieleń, kwiaty (jeszcze kwitły kasztany, rododendrony i tulipany), nie ma jeszcze tłumów, smaczne rybki do wyboru, do koloru i przepiękne morze, za którym już teraz tęsknię.

2

Na takich sanatoryjnych wyjazdach najbardziej liczy się pogoda i towarzystwo, a to miałam przednie. Towarzysza spacerów poznałam już w pociągu, zajmował miejsce naprzeciwko mnie, gdy wsiadłam do pociągu. Jechał z Warszawy, dokładnie do sanatorium Posejdon, dokąd i ja zmierzałam (ostatnio śmiałam się z takich historii). Zaznaczam jednak, że tylko towarzysza spacerów, przyjaciela, rozmówcę – nic więcej.

/a tu czasem wpadaliśmy na piwko/

4

5

6

Do tego kilku przystojnych panów  (niestety – wszyscy żonaci)  wciągnęło mnie do kółka brydżowego (brakowało im czwartego gracza) i nauczyłam się wreszcie grać w brydża. Całe wieczory, zamiast tańczyć, spędzaliśmy na tej grze (chociaż całe życie tego unikałam), a sympatyczni panowie cierpliwie mnie uczyli i byli bardzo tolerancyjni przy moich licznych wpadkach. Do tego prowadziliśmy ciekawe, a czasem wesołe, rozmowy.

Przed południem zabiegi i marsze brzegiem morza, po południu dalszy ciąg maszerowania lub spacerowania, obowiązkowo basen, a wieczorem brydżyk.

/zachód słońca przy latarni morskiej/

3

W kolejne niedziele jeździłam na wycieczki, które opiszę oddzielnie.

Trzy tygodnie minęły, jak z bicza strzelił. I jak widać, wszystko co dobre, ma kiedyś swój koniec. Szkoooda!!!

Teraz trzeba wracać do rzeczywistości. Czeka mnie wkrótce podróż do stolicy. Tam przyjdzie na świat nowy obywatel Warszawy, a mój kolejny wnuczek. Babcia musi być przecież wtedy na miejscu.

A może to będzie prezent na te moje problematyczne urodziny :). Zobaczymy! 🙂

PS: Z mojego okna obserwowałam rodzinkę mew, która zrobiła sobie gniazdo na dachu naszego basenu. Byłam pełna podziwu, jak mewa – matka opiekowała się swoim dzieckiem. Całą dobę nie odstępowała go na krok, wyprowadzała go z gniazda na spacery, a podczas upałów chroniła się razem z nim w cieniu, za szafką od klimatyzatora. Jedzenie donosił jej mąż i ojciec małego ptaszka. To był cudowny widok 🙂

IMG_20180602_075346

Reklamy